niedziela, 20 maja 2018

Liban


    Byłem „na Libanie” i choć brzmi to niepoprawnie językowo, to nie wiem jak inaczej to sformułować. Liban to po prostu pozostałości kamieniołomu, choć Liban to tak naprawdę nazwisko jego założyciela, stąd więc potoczna nazwa. Miejsce jest niesamowicie dzikie, zupełnie różne od kieleckiej Kadzielni czy Wietrzni, gdyż jest zarośnięte gęstymi chaszczami, które doskonale skrywają imprezy, ogniska, bębniarzy, pogan i cholera wie kogo jeszcze. W nocy przesilenia letniego może być tam całkiem ciekawie.

    Przyroda w tym postindustrialnym wydaniu jest niesamowita, informacje o żyjących tam gatunkach robią wrażenie, równie duże wrażenie robi też świadomość jak ta przyroda się tam zmienia wraz z poziomem wody, co widać wyraźnie po korzeniach, które wyrastają prawie pół metra od ziemi.

    Pierwsza wizyta w tym miejscu jest ubogą, ale jednak trochę ekscytującą namiastką odkrywania miast azteckich w dżunglach Ameryki, tyle, że tu odsłaniają się przemysłowe trupy, szkielety maszyn i konstrukcji.

    Dosyć upiorne jest natomiast chodzenie po ścieżkach wijących się wśród zarośli, wyłożonych macewami z żydowskich nagrobków, mając świadomość, że tuż obok był cmentarz, na terenie którego w czasie wojny był obóz koncentracyjny, którego więźniowie pracowali właśnie w tym kamieniołomie. Okazuje się jednak, że owe macewy to pozostałość po scenografii do filmu „Lista Schindlera”.

    Całkiem niedaleko na Podgórzu straszy też inny obiekt, wciąż czynny jednak, ale muszę przyznać, że swym ponurym obliczem tworzy podobny klimat jak Liban.

wtorek, 1 maja 2018

Krk-Wro-Pzn czyli w drodze na FFF.


    Być może na urlopie powinienem zrobić jakiś remont czy co, ale coś mnie wygania czy też raczej wyciąga z Kielc, jakaś nieznana mi siła, podobna jednak do tej, która zmaltretowałaby mnie alkoholowo, gdybym kilka dni z rzędu relaksował się w Kielcach bez pracy. Koszty być może podobne, więc wyjechałem.
    Ostatnio najlepiej zaczyna mi się podróżować w Krakowie i tam od razu natykam się na niespodziankę, a mianowicie koncert rosyjskich hardkorów na „Warsztacie”. Lubie to miejsce bardzo, bo choć mentalnie jest tam trochę inaczej, niż na co dzień mam (bo rurki, brody, wódki tam nie piją…), to jest przezacnie. Tak więc wieczór muzyczny rozpoczął ansambl VÓLAN i od razu bomba. Dzikość, agresja połączone z perfekcją, tym diabelskim sekundnikiem, spowodowały, że przez cały koncert stałem dosłownie sparaliżowany, nie mogąc oderwać wzroku od tego co wyczyniał perkusista - przetoczyli się po mnie jak zagęszczarką do gruntu i nic już po nich nie mogło być lepsze, no i nie było. Rosyjski WLVS i krakowski DEATHTREAT obejrzałem już na spokojnie popijając Holbę czy co tam sobie zakupiłem akurat.
    Wcześniej jednak, w drodze na koncert, zaglądamy do przeuroczej kinokawiarni „Kika”, bo tani wtorek (w sali pufowej nie ma numerowanych miejsc, bo pufy nie są przymocowane do podłogi i mogą się przemieszczać), a to i tak po drodze na „Warsztat”, wchłaniamy więc nielekki film Hanekego „Happy End” - cóż, każdy w nim widzi to co mu podpowiada to-co-ukryte (mi pozostał w pamięci motyw wypadku na budowie, ale kto by tam zwracał na to uwagę, no i to „dotykanie śmierci”).
"Nuklearnym konfliktem w 2017 rozpocznie się Apokalipsa św. Jana". Korekta: 2018. Uff, jest jeszcze kilka miesięcy...
    Z Krakowa do Wrocławia przemieszczamy się za kilka złotych dosłownie, a tam relaks, jedzenie i kultura. Aż szkoda, że nie było akurat żadnego koncertu w CRK, dopełniłoby to tournée w drodze na Rozbrat, ale za to były darmowe wejścia w czwartek do muzeów, tak więc zobaczyłem min. intrygującą wystawę „Death Landscapes”, której sednem były fotografie zrobione w miejscach, gdzie kiedyś wydarzyły się krwawe historie. Były więc przepiękne, kolorowe zdjęcia pozostałości po okopach i lejach bombowych z bitwy pod Sommą, ale i bardzo urokliwe zdjęcia wyspy Utoya, na tle których, o zgrozo! robiły sobie selfie jakieś gimnazjalistki, które przyszły tam na wycieczkę szkolną. To było mocniejsze niż sama wystawa…
    Inną darmową miejscówką w czwartek było Muzeum Sztuki Cmentarnej, pod którą to nazwą kryje się stary cmentarz żydowski i jest to miejsce tak magiczne, że moje achy i ochy trwały przez cały spacer po tym zakątku śmierci. Brak słów, zdjęcia lepsze:

    A ponieważ nie samą kulturą człowiek żyje to trafiliśmy do niesamowitego miejsca, jakim są „Pierogi Vegan”, w hali targowej będącej tak naprawdę zadaszoną wersją bazarów. Mlaskaliśmy więc nad tymi wybitnymi pierogami obok stoisk z warzywami, majtkami i portfelami. Cymes! Innym miejscem, które odwiedziliśmy na Nadodrzu była wege knajpka „Wilk syty” i tam nasze nasycone zadowolenie znów sięgnęło bardzo wysokiego pułapu.
    Ale zbliża się czas Fuck Fascism Fest, na który wybieramy się do Poznania, przemieszczamy się tam więc pociągiem Regio, obserwując w czasie jazdy na ekranie monitora, ku swojemu zdziwieniu, reklamę poznańskiej Vege Pizzy! Na sam festiwal nie docierają niektóre kapele, ale magia miejsca, muzyka, alkohol (cytrynowa wódka to istne mistrzostwo, choć i kawowa, i paprykowa to istny cud w gębie!) i przepyszne żarcie (jak choćby wspomniana wcześniej jak zawsze wyśmienita Vege Pizza) tworzą taki zestaw, że już nic więcej nie trzeba. Sam Rozbrat to oczywiście nie tylko squat, to ludzie, których przy tak banalnej okazji mogłem spotkać czy też możliwość delektowania się zakamarkami tego miejsca, niewidocznymi na co dzień dla zwykłych bywalców koncertowych, ale to inna opowieść i to raczej werbalna.
Belzebong w dzwonach
    Muzycznie oczywiście połechtało mnie DISCHARGE, których płyta „Hear Nothing See Nothing Say Nothing” w dziecięcych czasach wywarła na mnie przeogromne wrażenie i uważam, że (dla mnie) to jedna z 10 najważniejszych płyt ever. Co prawda jebali solówki, których na oryginalnych nagraniach chyba nie było, no ale cóż, to w końcu emeryci. DESZCZ następnego dnia zagrali niesamowicie spójnie i być może najlepiej, miazga wyciskana gitarami. Negatywne emocje wzbudziła we mnie niestety EL BANDA, która choć muzycznie robi naprawdę świetny klimat, to ich forma przekazu pozamuzycznego była dla mnie lekko żenująca, jeżeli mam być szczery po wysłuchaniu deklamowanych wierszyków i takich tam. Ale największym zaskoczeniem tego festu był kielecki (!) BELZEBONG – widziałem ich kiedyś, więc byłem przygotowany na to co się wydarzy, ale punki oczekujące na kolejne pogo po kilku minutach niekończącego się intro (hahaha!) wymiękły. Rewelacja – ciężar, klimat, brzmienie, perfekcja. Co prawda z braku wokalisty nie mieli żadnej piosenki o aborcji, ale przebolałem to, hehe.
    No i cóż, czas wracać do roboty i do kieleckiej wódki. Ach, uważajcie w plenerach, bo na przykład Psie Górki obdarowują mandatami...


niedziela, 18 marca 2018

"Kolejka" R.i.P.

Tu był jakiś drętwy wywód na temat tego skądinąd sympatycznego miejsca (no, może oprócz chwil podobnych do tych, gdy wpadały tam mało sympatyczne grupy po meczu "Korony"...) ale oprócz tego, że zamknęli ten przybytek, to nie ma sensu więcej się na ten temat rozwodzić. Kropka.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Gra w grę. Alkogra kielecka.

    Gra jest prosta, trzeba danego wieczoru zaliczyć jak najwięcej punktów i nie paść. Pretekstem niech będzie koncert THCulture w Bazie Zbożowej i nie ukrywam, że to dodatkowe wyzwanie, bowiem to bardzo specyficzne miejsce, w którym alkohol jest kompletnie zakazany. Strzeżone jest przez firmę ochroniarską, która bardzo poważnie traktuje swoje obowiązki, jednak buda, w której siedzą obok bramy jest powierzchnią eksterytorialną, jest jednocześnie na terenie bazy, jak i poza nią, dlatego ochroniarze stojąc bliżej ulicy mogą tam pić alkohol. Kiedyś, będąc tam na jakiejś imprezie muzycznej w garażach z tyłu, zostałem prawie aresztowany przez jednego z tych cerberów, bowiem przeszedłem przez budynek, a nie drogą zewnętrzną, tyle, że ten pan był o dobre 2 promile bardziej pijany ode mnie, zgrywus jeden.

    Po drodze nie ma zbyt wiele sklepów, w razie czego jednak zakupiłem ćwiartkę i setkę (punkt 1 w grze). Ta pierwsza wpływa delikatnie do mojego krwiobiegu w czasie spaceru na to geograficzne zadupie (punkt 2), choć muszę przyznać, że kulturalnie Baza się broni, choćby z powodu Teatru Ecce Homo czy tych nieszczęsnych koncertów organizowanych przez natchnionego, czy wręcz nawiedzonego kierownika Turka. Druga, malusieńka buteleczka zostaje nielegalnie wniesiona (punkt 3) na teren BazZboż. Jako pierwsza gra Żywica, spoko, czas nawet nie stracony, potem zwyczajowa przerwa na zmianę zespołów, w czasie której udaję się do najbliższej Żabki (punkt 4), która już niejedno widziała – to ten sklep, który jest jednocześnie najbliższy dla klubu "Wspak", gdzie czasem bywają koncerty, na które nie ma sensu chodzić, jak i takie, które się odwołuje w ostatniej chwili (jak Włochaty). Ale miejsce sprzyja alkoholowej integracji przed wejściem do klubu, więc warto bywać, niekoniecznie na koncercie, podejrzewam, że część ludzi nigdy tam nawet nie wchodzi. Z Żabki zabieram 2 ćwiartki, jedna po części spożyta w drodze, reszta podzielona z B., który z kolei przyniósł coś swojego (punkt 5), co udaje sok warzywny, ale ja tam alko wyczułem, ha. Druga zaś schowana w resztkach śniegu przed bramą (punkt 6), taki stary harcerski sposób, by po wyjściu z koncertu mieć od razu co w siebie wlać. Sam koncert THCulture smakowity nawet bardziej, niż te alko przekąski, niesamowicie wyrafinowana sprawa, w której perkusja odgrywa niesamowicie istotną rolę – brzmiało bardzo dobrze, bujało i grzało równie mocno. I koncert, choć niby główna atrakcją wieczoru, to jest dopiero punktem nr 7 całej gry w alko-kulturę. Potem pkt. 8 czyli wygrzebanie ćwiartki ze śniegu i delektowanie się jej naturalnym chłodem w drodze do skupisk miejskich, śródmiejskich przybytków, w których gromadzą się twarze znajome, równie chętne do wypicia, ale oczywiście w trakcie tej drogi, która jest jednocześnie długą rozmową, warto coś wypić, bo klimat podniebny dobry, więc kolejna Żabka i kolejna ćwiartka (punkt 9), której większą część spożywa się w zakamarkach uliczek odbiegających od ul. Winnickiej w stronę ul. Kościuszki – to bardzo miła okolica, w której wiele chwil dziecięcych spędziłem. Tu kończy się niestety część gry, w której samemu próbuje się narzucać reguły, a następuje część upadkowa, schyłkowa, w trakcie której zamykamy się w paszczach potworów knajpianych, nie wiedząc, kiedy zamkną się nad nami mrokiem i bezsilnością wobec praw biologii i chemii, gdy organizm straci siłę panowania nad powiekami, koordynacją ruchową i zrozumiałością mowy.

    Ta część trasy mogłaby być bardziej rozbudowana, na przykład gdybym wiedział, że zaraz po tym weekendzie „Starman” ogłosi upadłość wszedłbym i tam, bo choć nie przepadałem za tym miejscem, jak i za wcześniejszym „Krockodyl’em”, to był punktem w pewnego rodzaju alkogeografii tego miasta. Jest nim na pewno „Kolejka” (punkt 10 w tej wieczornej grze, który niebawem wypadnie z gry, czyli zostanie zamknięty, kurwa, kurwa), jako miejsce na krótkie rozejrzenie się i ogrzanie, po to by skierować się w następne miejsce, które chyba jest obecnie najbardziej przystępną patologią, czyli do „Galeonu” (punkt 11). Potem niestety następuje punkt 12 czyli „Tunel” - to naprawdę spadówa, drama, dno, ale masochistycznie zaglądam w to miejsce, w którym generalnie spędziłem sporo czasu i straciłem sporo zdrowia. To przy okazji w tym miejscu przypomina mi się ostatnio czytany artykuł, o tym, że za picie alkoholu wniesionego do lokalu, gdzie sprzedają alkohol, grozi kara grzywny do 5000 PLN, więc te wszystkie zaprzeszłe historie z piciem pod stołem w Cockney’u, Tunelu, Pałacyku Zielińskiego czy innych miejscówkach, spowodowały, że jestem normalnym przestępcą – mam nadzieję, że w tym przypadku przedawnienie działa dość żwawo. Dramat.

    No i co po stacji 12? Ano, odkrywam np. połączenia wychodzące do kolegi, który wyemigrował do Azji, ale nie wiem po co, może w trosce o to, czy oni mają tam co pić. Natomiast rano, na bolesnym zmęczeniu poalkoholowym poczytuję „Czułego barbarzyńcę” Hrabala, gdzie są przepiękne historie z Vladimirem Boudnikiem, z ich geografią pijacką, z ich hospodami, barami, restauracjami, podróżami między tymi miejscami, rozmowami i to jest tak naprawdę cios mentalny, gdy porównuję swój marny świat doznań do tego niesamowitego świata literackiego. I to jest punkt 13 i na nim zamykam taki tam wieczór, w którym jak zwykle przegrałem z alkoholem. Oczywiście do następnej rozgrywki, która nastąpi kiedyś tam.

niedziela, 21 stycznia 2018

Stolica robotniczej awangardy

    Marzenie, by zobaczyć w końcu Nową Hutę było dość perwersyjne, sam to przyznaję, ale świadomość, że byłem w Krakowie, turystycznie i służbowo, dziesiątki razy, a w tak nietypowym miejscu, położonym zaledwie kilkanaście przystanków tramwajem od centrum – nigdy. W sumie to zwykłe bloki, ale przecież Nikiszowiec, który zachwycił mnie estetycznie swoją ceglaną prostotą też jest tylko zwykłym osiedlem mieszkaniowym. Ale forma, zamysł, końcowy efekt no i zwykła funkcjonalność  - to jest to, co kusiło i nęciło do obejrzenia, aż w końcu zaprowadziło.
Z ulicznej wystawy o historii Nowej Huty


    Było banalnie – wysiedliśmy z tramwaju na placu Reagana i już. Plac wygląda w połowie normalnie, ale w połowie, tej z architekturą lat 50-tych, skojarzył mi się trochę z Paryżem, tą specyficzną architekturą szerokich bulwarów, która po części być może była inspirowana tym samym pragmatyzmem – trudniej tam stawiać barykady, a łatwiej przeprowadzać defilady.



    Przechadzając się ulicami czy między blokami rzuca się w oczy koncept budowniczych, który sprawia wrażenie bardzo funkcjonalnego osiedla, które miało zapewniać „nową jakość życia” ówczesnej robotniczej awangardzie. Moje wrażenie było takie, że jest tam więcej sklepów, kiosków i budek wszelakiego rodzaju niż na innych osiedlach – w normalnej miejskiej rzeczywistości kioski i budki odchodzą raczej w niebyt, może dlatego, że pojawia się wiele przestrzeni na lokale usługowe w nowobudowanych obiektach. Oprócz tego na dość niewielkiej przestrzeni natknęliśmy się na dwa klasyczne bary mleczne, co nie jest chyba zbyt często spotykane na typowych osiedlach mieszkaniowych.


    Ogromną pokusą było zjedzenie obiadu w kultowej ponoć restauracji „Stylowej”, oryginalnym lokalu funkcjonującym od zarania dziejów robotniczej Nowej Huty. Co prawda recenzje w necie opisujące słabą jakość usług, sine aż do niebieskości ziemniaki i inne mało zachęcające detale, nie były zbyt zachęcające, by tam zajrzeć, ale przechodząc obok i przez okna chłonąc świat gastronomii, który zatrzymał się na latach 80-tych, przypominający mi jak żywo kielecką „Jodłową” czy „Birutę”, nie mogłem się powstrzymać przed tym masochizmem. Szok pojawił się jednak od razu po wejściu – płatna szatnia! Jak 30 lat temu… Dalej – płatna ubikacja, dla klientów 50 gr, dla obcych 1 zł. Na sali akurat trwa mała awantura – miejscowi emeryci odchodzą od stolika, na którym stoją opróżnione kieliszki po wódce, jakaś kobieta, chyba z obsługi restauracji, mówi podniesionym głosem: „Zachowuj się jak dzik, ale się zachowuj!”. Gdy przeglądamy menu jeden z emerytów podtrzymywany przez innych z trudem opuszcza lokal. Jest zajebiście! Ale w menu jest już gorzej, nie ma nawet pomidorowej (co wg mnie skreśla lokal zupełnie), typowo robotnicze dania, niemal wszystkie z mięsem, chyba tylko pierogi ruskie były bez, ale wolałem im nie ufać, nie raz już spotkałem takie wersje tych pierogów, które miały coś poukrywane – no żal, ale nie zdecydowaliśmy się jednak by tam zostać. Szkoda.

    Jeszcze została jedna rzecz do sprawdzenia – Teatr Ludowy. Może uda mi się kiedyś tam zajrzeć, na co bardzo liczę.

niedziela, 7 stycznia 2018

Czeskie ciała

    Nietrudno ukryć, że w Czechach fascynują mnie uliczne detale architektury, mnogość zdobień, olbrzymia ilość rzeźb czy płaskorzeźb, historyjek pomalowanych na ścianach kamienic. Większość z tych dzieł została umieszczona zapewne w niesłusznym okresie socrealizmu, ale patrząc i porównując te, które w sposób klasycystyczny akcentują piękno ciała ludzkiego, heroizm podkreślony antycznymi elementami, to ta część soc-twórczości wcale wiele nie odbiega od tego – ciała są równie piękne, sporo jest nagości, choć tego robotniczego heroizmu jest o wiele więcej, tylko, że te postacie nie trzymają mieczy, lecz młoty, klucze francuskie, sierpy i snopki zboża. Dla mnie jest w tym taka wizualna moc, że czasem się martwię o siebie, o tą ujawnioną niezdrową fascynację. Ale to tylko oglądanie, pornografia miejskiej architektury.
Natomiast u nas co prawda ciała przewijają się na ulicach lub przy drogach, lecz jest to raczej dość monotonne przedstawienie cielesności - młoda kobieta, zawsze kompletnie ubrana, o imieniu Maryja i niemal zawsze roznegliżowany mężczyzna o imieniu Jezus. 
Hradec Králové

Hradec Králové

Hradec Králové

Hradec Králové

Hradec Králové

Hradec Králové

Hradec Králové

Hradec Králové

Hradec Králové
Plzeň

Plzeň

Plzeň

Plzeň

Plzeň
Praha

Praha

Praha

Praha

Praha

Praha

Praha

Praha

Praha

Praha

Praha

Praha
Pardubice
Pardubice

Pardubice

Pardubice

Pardubice

Litomyšl

Litomyšl

Litomyšl

Litomyšl